80 kilometrów do prawdy – odcinek 4

80 kilometrów do prawdy - odcinek 4

🗻80 kilometrów do prawdy – odcinek 4

80 kilometrów do prawdy - odcinek 4

Nadszedł dzień ataku szczytowego… a raczej noc, bo atak zaczął się o północy. Wychodzimy. Jest ogromny wiatr i przenikliwe zimno. Nie mam pojęcia, jaka jest odczuwalna temperatura, ale nigdy wcześniej nie czułam takiego chłodu. Wszystko we mnie zamarza. Niepokoi mnie zachowanie naszego opiekuna i lidera. Człowiek, który dotychczas był oazą spokoju, teraz zachowuje się bardzo nerwowo. To mi nie pomaga. Potem, już na dole przyznał się, że pierwszy raz w historii jego wypraw na Kilimandżaro tak potwornie wiało. Jesteśmy naprawdę bardzo wysoko. Czuję to w każdej komórce mojego zmęczonego i wychłodzonego ciała.

„Co to za żółte lampki niedaleko przed nami?” – ktoś zapytał.

Okazuje się, że to „czołówki” ekipy, która wyruszyła zaatakować szczyt 3 godziny przed nami. Ta informacja mnie dobija. Są tak niedaleko nas, a wyszli 3 godziny wcześniej. Idziemy dalej. Po 4 godzinach od wymarszu z bazy mam totalnie dość. Dopada mnie kolejny kryzys. Jest ciemno, zimno i stromo. Ta droga zdaje się nie mieć końca. Jestem zaledwie 2 godziny marszu przed szczytem. To tak blisko i jednocześnie tak bardzo daleko. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Siadam. Muszę posiedzieć… ale w tych okolicznościach siedzieć nie wolno… to może oznaczać tylko jedno, totalne przemrożenie organizmu zagrażające zdrowiu i życiu! Jednak muszę chociaż na 15 sekund.

„Spójrz do tyłu” – mówi nagle nasz lider.

Siedząc na jakimś kamieniu odwracam powoli głowę. Zastygam na minutę. Widzę najbardziej spektakularny i magiczny wschód słońca ever… Zapiera mi dech. Dla takich widoków zdobywa się szczyty. Dostaję „kopniaka”. Staję na nogi i powoli, krok za krokiem, idę dalej swoim tempem. Noga za nogą, ręka za ręką…raz i dwa, raz i dwa. Głowa ciągnie moje ciało.